Kiszyniów – stolica Mołdawii.

Najbardziej niedoceniona stolica Europy!

Gdy powiedziałem znajomym, że lecę na weekend do Kiszyniowa, reakcje były niemal identyczne. Połowa pytała gdzie to jest? Drudzy, czy w ogóle jest tam co robić. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że Mołdawia o nie jest pierwszy kraj wybierany na weekendowe city break. Pojawiały się też pytania o bezpieczeństwo, stan dróg i to, czy Mołdawia nadal przypomina postsowiecką republikę zatrzymaną gdzieś w latach dziewięćdziesiątych. Trudno się temu dziwić. W końcu nie jest to kierunek, który regularnie pojawia się na listach najmodniejszych europejskich destynacji. Nie znajdziemy tu tłumów influencerów, luksusowych kurortów ani zabytków rozpoznawalnych na całym świecie.

Po kilku dniach spędzonych w Kiszyniowie zrozumiałem jednak, że problem nie tkwi w samym kraju. Problem polega na tym, że niemal nikt o nim nie opowiada. A szkoda, bo stolica Mołdawii okazała się jednym z najbardziej interesujących i autentycznych miejsc, jakie odwiedziłem w ostatnich latach.

Miasto, które nie próbuje nikogo oczarować

Kiszyniów nie jest miastem, które stara się zrobić na turyście dobre pierwsze wrażenie. Nie ma pocztówkowej starówki, kolorowych kamieniczek ani romantycznych uliczek, które pojawiają się na Instagramie tysiące razy dziennie. Kiedy wysiadłem z samolotu i po raz pierwszy ruszyłem w stronę centrum, miałem wręcz wrażenie, że znalazłem się w miejscu, które nie chce niczego udawać.

WARTO PRZECZYTAĆ: Wszyscy jesteśmy hipokrytami!
Dlaczego tak łatwo oceniamy innych, zapominając o własnych przywarach?

W czasach, gdy wiele europejskich miast wygląda coraz bardziej podobnie do siebie, Kiszyniów zachował własny charakter. Nie jest wygładzony pod potrzeby turystów. Nie został zamieniony w skansen dla przyjezdnych. Jest przede wszystkim miastem dla mieszkańców, a dopiero później dla odwiedzających, a spacerując jego ulicami, miałem poczucie uczestniczenia w codziennym życiu miasta, a nie w starannie przygotowanym spektaklu.

Betonowa spuścizna imperium

Pierwszą rzeczą, którą zauważa większość odwiedzających, jest obecność sowieckiej historii. Jest ona widoczna niemal na każdym kroku. Szerokie arterie przecinające miasto, monumentalne budynki administracyjne, ogromne osiedla mieszkaniowe i charakterystyczne pomniki przypominają o czasach, gdy Mołdawia była częścią Związku Radzieckiego. Dla jednych będzie to wada. Dla mnie okazało się jednym z największych atutów miasta. Bo po co by nie mówić podobnych zachodnich stolicach, była to jakaś świeżość, której oczekiwałem.

Od lat fascynuje mnie brutalizm i architektura powojenna. W Kiszyniowie można oglądać ją niemal bez końca. Niektóre budynki wyglądają tak, jakby zostały przeniesione prosto z filmu science fiction nakręconego w latach osiemdziesiątych. Szczególne wrażenie zrobił na mnie dawny Cyrk Państwowy, który przypomina futurystyczny statek kosmiczny pozostawiony pośród miasta. Patrząc na te budowle, trudno nie myśleć o historii regionu. Betonowe kolosy są świadectwem epoki, która odcisnęła na Mołdawii ogromne piętno. Jednocześnie tworzą niepowtarzalny klimat miasta, którego próżno szukać w większości współczesnych europejskich stolic.

Kiszyniów… między przeszłością a przyszłością

Najciekawsze w Kiszyniowie jest jednak to, że nie żyje on wyłącznie przeszłością. Spacerując po centrum, miałem wrażenie obserwowania kraju stojącego na granicy dwóch światów. Z jednej strony wciąż obecne są ślady sowieckiego dziedzictwa. Z drugiej strony bardzo wyraźnie widać aspiracje do Europy i chęć nadrobienia zaległości, które narastały przez dziesięciolecia.

Nowe restauracje, modne kawiarnie, remontowane budynki i inwestycje infrastrukturalne pokazują, że Mołdawia chce się zmieniać. Nie dzieje się to tak szybko jak w bogatszych krajach Unii Europejskiej, ale kierunek jest wyraźnie widoczny. I trudno tego nie docenić. Momentami miałem wręcz wrażenie, że obserwuję kraj przechodzący przyspieszony kurs modernizacji. Kraj, który doskonale wie, jak wiele ma jeszcze do zrobienia, ale jednocześnie nie zamierza stać w miejscu i chce należeć do Europy.

Spokojniejsza twarz Europy

Jednym z największych zaskoczeń okazała się atmosfera miasta. Przywykliśmy do europejskich stolic pełnych pośpiechu, korków i tłumów turystów. Kiszyniów jest zupełnie inny. Mimo że mieszka tutaj ponad pół miliona ludzi, życie płynie spokojniej. Ludzie nie sprawiają wrażenia wiecznie zabieganych. W parkach siedzą rodziny z dziećmi, starsi mieszkańcy rozmawiają na ławkach, a młodzież spotyka się wieczorami przy fontannach. To jedno z tych miejsc, w których po kilku godzinach sam zaczynasz zwalniać.

Wieczorami spacerowałem po centrum i okolicznych parkach bez najmniejszego poczucia zagrożenia. Być może właśnie dlatego pobyt tutaj był tak przyjemny. W czasach, gdy wiele dużych europejskich miast zmaga się z problemami bezpieczeństwa, Kiszyniów sprawiał wrażenie miejsca spokojnego i uporządkowanego.

POLECAM: Biżuteria dla faceta.
Kiedy naszyjniki i wisiorki zmieniły płeć

Jeszcze większe wrażenie niż samo miasto zrobili na mnie jego mieszkańcy. Nie wiem, czy wynika to z niewielkiej liczby turystów, czy po prostu z lokalnej mentalności, ale spotkałem się tutaj z ogromną życzliwością. Kilkukrotnie zdarzyło mi się pytać o drogę i za każdym razem otrzymywałem pomoc znacznie większą, niż oczekiwałem. Ludzie nie ograniczali się do wskazania kierunku. Starali się pomóc naprawdę.

Coraz częściej podczas podróży mam wrażenie, że popularne turystycznie miejsca tracą swoją autentyczność. W Kiszyniowie tego nie odczuwałem. Kontakty z mieszkańcami wydawały się naturalne i niewymuszone.To drobiazg, ale właśnie takie drobiazgi często decydują o tym, jak wspominamy dane miejsce po powrocie.

Bazar, czyli serce Kiszyniowa

Jeżeli miałbym wskazać jedno miejsce najlepiej oddające charakter Mołdawii, byłby to miejscowy bazar. To nie jest modny targ śniadaniowy z lanserskimi stolikami i food trackiem. Nie jest to też trakcja przygotowana pod turystów. To prawdziwe serce codziennego życia miasta. Miejsce, gdzie mieszkańcy przychodzą po warzywa, owoce, mięso, sery, przyprawy i setki innych produktów.

Spacerując między stoiskami, miałem wrażenie podróży w czasie. W Europie Zachodniej podobne miejsca niemal całkowicie zniknęły. Handel został przeniesiony do supermarketów i galerii handlowych. Tutaj nadal odbywa się twarzą w twarz. Sprzedawcy rozmawiają z klientami, targują się, żartują i wymieniają plotki. Wszystko wydaje się bardziej ludzkie, mniej anonimowe.To właśnie na bazarze najlepiej poczułem atmosferę Mołdawii. Nie w muzeach, nie przy pomnikach i nie podczas zwiedzania zabytków.

Ceny, dla ludzi nie na dla zarobku.

Nie sposób nie wspomnieć o cenach w tym mieście. Oczywiście Mołdawia nie jest już tak tania jak kilkanaście lat temu, ale nadal pozostaje bardzo przystępnym kierunkiem dla turystów z Polski. W restauracjach można dobrze zjeść bez obaw o stan konta, a lokalne wina często kosztują mniej niż przeciętna kawa w niektórych zachodnioeuropejskich miastach. Dzięki temu weekendowy wyjazd do Kiszyniowa nie wymaga wielomiesięcznego oszczędzania ani szczegółowego liczenia każdego wydatku. To był wyjazd, w którym choć raz nie musiałem oszczędzać i przeliczać wszystkiego na złotówki a sam rachunek nie raz mnie zaskoczył… i to tylko pozytywnie.

ZOBACZ TEŻ: Denim w wersji total look. Jak to zrobić w 2026 roku, żeby nie wyglądać jak mem?

Dlaczego warto odwiedzić Kiszyniów właśnie teraz?

Kiszyniów nie jest miastem idealnym. Widać tu zaniedbane budynki, nierówne chodniki i ślady problemów gospodarczych, z którymi kraj zmagał się przez lata. Ale właśnie dlatego jest tak interesujący. Nie został jeszcze wygładzony i ujednolicony przez masową turystykę. Nadal zachowuje własną osobowość. Nadal opowiada swoją historię. Nadal pozwala zobaczyć Europę, która w wielu miejscach już zniknęła.

Wyjeżdżając z Mołdawii, miałem poczucie, że odwiedziłem kraj znajdujący się w wyjątkowym momencie swojej historii. Kraj, który próbuje odnaleźć własną drogę pomiędzy trudną przeszłością a ambitną przyszłością. I właśnie dlatego uważam, że Kiszyniów jest dziś jedną z najbardziej niedocenionych stolic Europy.

Pytanie nie brzmi, czy warto tam pojechać. Pytanie brzmi, jak długo pozostanie jeszcze tak autentyczny.

Zdjęcia: @wojtekszarski

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ: PREMIERA MOJEJ KOLENEJ KSIĄZKI!

KRÓLOWA DRAM! JUŻ W SPRZEDAŻY

Czy zdarzyło Ci się kiedyś marzyć o byciu szczuplejszą, piękniejszą, bardziej perfekcyjną?

Eliza marzy dokładnie o tym samym…, tylko że jej życie wymknęło się spod kontroli i wygląda zupełnie inaczej, niż to sobie zaplanowała. Na co dzień gra rolę lojalnej BFF – mistrzyni od ogarniania problemów wszystkich swoich przyjaciół (przynajmniej tak jej się wydaje). Ale jej własny świat? Cóż, totalna masakra.

Miłość, praca, przyjaciele (czy na pewno nimi są?),rodzina, która nie akceptuje jej życia w stolicy. I właśnie wtedy przychodzi moment olśnienia: jak sama mówi, skoro życie „ucieka jej przez dłonie”, podejmuje decyzję, która zmienia wszystko – napisze książkę. Tyle, że nie o sobie, lecz o życiu swojego przyjaciela Adasia. Czy to ją uratuje? Czy pogrąży jeszcze bardziej?

Poznaj polską Bridget Jones, królową pomyłek, przekręceń i dram – bo przecież każdy kraj zasługuje na swoją Bridget!

TU KUPISZ KSIĄŻKĘ Z AUTOGRAFEM

Sending
Oceń stylizacje
0 (0 głosów)

👁 Ten wpis został przeczytany 996 razy.

☕ Szacowany czas czytania: 9 min.

Skompletuj pełną stylizację z tego postu:

Używam afiliacji

0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów

Denim w wersji total look.

„Zaczarowane” w oszustach…